wtorek, 24 grudnia 2013

Boże Narodzenie - czas radości i spokoju

Kto pamięta czas Bożego Narodzenia z czasów swojego dzieciństwa? Obojętnie kiedy ono wypadało… Jak było? Magicznie, czarodziejsko, wspaniale…. Prawda? Po co było dorastać? Bez sensu… :D

Najbardziej wkurza mnie teraz atak tandety… Niestety wszechobecnej… Od muzyki co roku wbijającej nam do uszu te same nuty zespoły WHAM, przez chińskie wynalazki przypominające nam o Xmas Time, do dziewczyn przebranych za aniołki i mikołaje w trekkingowych butach. Aż chce się ryczeć za Maksymilianem Paradysem:



A przecież mamy piękne polskie kolędy. Kolędy na okres BOŻEGO NARODZENIA a nie jakiegoś anglosaskiego Xmas Tajmu… Im już nawet Christ przeszkadza, bo się przecież oburzą wyznawcy innych religii. Poprawność polityczna przede wszystkim… To ja im życzę tego, co zrobił kiedyś siedmioletni synek kolegi dziadkom… Niechcący wrzucił za potężny swarzędzki kredens kartkę grającą. Grającą Jingel Bells. Bateryjka wyładowała się po trzech tygodniach...

Kiedyś robiło się łańcuchy na choinkę, gwiazdki z papieru. Wiem, dziś można kupić ładniejsze. Nie o to jednak w tych łańcuchach chodzi, że były brzydkie, ale o budowaniu świątecznej atmosfery, która u nas coraz bardziej zanika. Dlatego bardzo cenię przygotowywane przez Wiolettę K. cudowne świąteczne stroiki


albo przeurocze ozdoby choinkowe robione przez Magdę G.



Jest tyle w tych pracach autentycznego piękna i cudownego, świątecznego nastroju…

Życzę wszystkim zdrowych, spokojnych acz radosnych świąt Bożego Narodzenia. Prawdziwie rodzinnych, przeżytych w magicznej, wspaniałej atmosferze. Niech pierogi, ryby, bigosy pachną i smakują cudnie. A prezenty niech cieszą każdego obdarowanego. Najlepszego!

renek

sobota, 21 grudnia 2013

Co i jak w kabinie prysznicowej - część trzecia - powrót po poprawkach

W części drugiej było o pojęciu wellness w kabinie prysznicowej. W trzeciej pora skończyć temat wnętrza kabiny, bo saga się robi ciut długa.

Czy można elementy wellness'u pozyskać małym kosztem? Oczywiście można, choć nie wszystkie. Najtrudniej zrobić z kabiny prysznicowej saunę. Nie jest problemem zamontowanie wytwornicy pary, ale problemem jest szczelność. Jeżeli mamy do zaadoptowania wnękę, którą można szczelnie zabudować, proszę bardzo, zapala się zielone światło. W każdej innej sytuacji to po prostu nie ma sensu.

Hydromasaż - tak, tak i jeszcze raz tak. Można to zrobić tak naprawdę najprościej. Wystarczy wziąć słuchawkę ( główkę ) prysznicową z funkcją masażu do ręki i… ogień!!! A właściwie woda…

Hansgrohe - Raindance Select

Dzika radość tej pani ze zdjęcia prawdopodobnie by się spotęgowała, gdyby miała na przykład pana
( nie piszę lub panią, bo jestem tradycjonalistą ), który by tą słuchawkę trzymał. Jeżeli jednak nie ma szansy na pana, to na pewno przydałby się drążek do kompletu ze słuchawką, dzięki któremu mogłaby pani wymasować sobie plecki. Dla mnie istnieje jeden drążek prysznicowy, który promuję od momentu, gdy tylko wszedł do produkcji. Promuję go, bo w moim odczuciu jest absolutnie najbardziej funkcjonalnym drążkiem prysznicowym z jakim się spotkałem. A spotykam się z nim codziennie. Taa daaam  >>>>>

Hansgrohe - Raindance Elegance

To ten element po lewej stronie na zdjęciu… Słyszę prychanie… Co w tym drążku jest takiego, że ma być taki wyjątkowy… Przyjrzyjmy się schematowi działania:




Pierwsza rzecz, na którą należy spojrzeć uważnie to położenie słuchawki ( dysku ) - jest albo prostopadła do ściany albo równoległa. W momencie kiedy chcemy używać funkcji prysznica jest w położeniu prostopadłym do ściany. W zależności od słuchawki ( do tego wrócę ), 40 cm od ściany ( skrajnie ) strumień wody obmywa panią lub pana. Efekt prawie jak przy użyciu deszczownicy.
Drugie położenie ( zdjęcie poniżej ) słuchawki ( dysku ) pozwala na użycie funkcji masażu bez trzymanki - w odróżnieniu od pani z pierwszego zdjęcia.



Wróćmy na moment do schematu: na zamieszczonym rysunku drążek ma około 90 cm długości regulacji ( góra - dół ). Tylko, że to nie jest pełnia możliwości - jest taki sam drążek w działaniu o długości 150 cm… Noooo… Robi wrażenie, prawda? Przy funkcji "prysznica"



to regulacja od Czerwonego Kapturka po Filipa Dylewicza i Michela Jordana. Przy funkcji "masażu" od kolan po kark. Wystarczy przesunąć uchwyt. Panele prysznicowe mają sztywne położenie dysz. Podobnie zresztą systemy podtynkowe. Jednej to pasuje innemu nie. A tu pełna regulacja… Su o giu' jakby napisali Włosi. W górę lub na dół. A tak z innej beczki, święta zaraz - Tiramisu - zrobiłem kiedyś rozbiór na poszczególne słowa nazwy tego deseru i ku mojemu totalnemu zdziwieniu Italiani powiedzieli mi, że mam rację - TIRA ( ciągnij ) MI ( mnie) SU ( w górę ) - to po prostu energizer!

Warto spojrzeć na słuchawkę na ostatnim zdjęciu - nie dość, że ma średnicę 15 cm to powierzchnia z otworami jest wygięta i dzięki temu "promień rażenia" się zwiększa. To nie jest słup wody, tylko coś na kształt stożka. Do tego funkcja masażu - w tym modelu trzy bicze wodne, spiralnie skręcone z pulsującym strumieniem. Dokładnie jak na drugim zdjęciu. Prawdziwy masaż! Hydromasaż. Ile razy pomagał mi po akcji zima, kiedy wracałem skatowany szuflą i śniegiem...

Summa summarum hydromasaż dostępny jest przy niewielkich nakładach finansowych. Co z resztą?
Aromoterapia? Podobnie chyba jak z sauną… Jak nie będzie szczelności, cały zabieg nie ma sensu…
Została nam jeszcze chromoterapia. I kończymy temat wellness :)

Chromoterapia tak! Są na rynku panele mające w sobie źródła światła dająca możliwości stosowania chromoterapii. Oparte są na technologii LED.

Novellini Elysium

I nie jest to koszt na tyle wielki, by miał przewrócić średniowysoki budżet przeznaczony na łazienkę.

Co i jak w kabinie prysznicowej - część trzecia dobiega końca. Niechybnie prowokując pojawienie się, na prawdę bez ukrytego planu, części czwartej, na co zainteresowanych serdecznie zapraszam :)

renek



poniedziałek, 9 grudnia 2013

Tablet - przyjaciel projektanta

Wdarł się w nasze życie jak huragan, jak burza z piorunami, jak tsunami… Swoim wyglądem, funkcjonalnością, wygodą w użyciu.  Oczywiście piszę o tytułowym tablecie. Znam ludzi, którzy z tabletem śpią i sięgają po niego rano przed otwarciem oczu. Sprawdzają czy jest… Pamiętacie tą reklamę? Ja ją uwielbiam:



Nie dajmy się zwariować. We wszystkim trzeba znać umiar. Jednak wykorzystujmy w tablecie to co się da i co faktycznie może być nam bardzo pomocne. A takich spraw jest niemało… 

Gabaryty i długa praca bez baterii. Można wszędzie jeździć z laptopem. Wchodzić do kogoś i zaraz pytać gdzie ma gniazdko sieciowe, bo bateria zaraz padnie. Oczywiście trochę treningu siłowego nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Gorzej z oberwanym ramieniem. Można też wyjąć z torebki, torby lub aktówki tableta i działać niemal jak przy stacjonarnym komputerze. Oczywiście jeżeli będziemy do tego przygotowani w sposób przemyślany. Niestety, wymagający jednak trochę pracy...

Portfolio. Czyli coś co mówi o naszych dokonaniach, gdy chwalimy się przed potencjalnym klientem. W portfolio umieszczamy swoje realizacje, pokazujmy metody pracy. Wizualizacje, sposoby przedstawienia gotowego projektu. Dzięki temu, że w tablecie mam jego wersję elektroniczną, możemy ją łatwo zmieniać i uzupełniać. Dodawać zdjęcia, filmy, plany i rysunki. Wszystko pod ręką i zawsze z nami. Totalna wygoda.

Katalogi i karty techniczne. Ile razy na spotkaniu poza firmą, pracownią, brakowało Wam jakiegoś katalogu? Pewnie często, bo ze wszystkimi katalogami pod pachą nie da się jeździć. Teraz to się zmienia. W tablecie można mieć wszystko co się używa na co dzień. Także to, czego na co dzień się nie używa, ale bywa użyteczne od czasu do czasu. Katalogi produktów, ich dane i rysunki techniczne, karty technologiczne - na przykład fug epoksydowych, gdy wykonawca projektu, nad którym mamy nadzór próbuje na budowie nas zaskoczyć. A my - ciach go tabletem! I problem rozwiązany.

Inne dokumenty. Wzory umów na wykonanie koncepcji, albo wizualizacji, albo projektu. Mając je przed oczami w rozmowach końcowych nie przegapimy czegoś istotnego, ważnego co mogłoby być powodem do powrotu do rozmów. Arkusze kalkulacyjne pomagające w wycenie danej usługi ( oczywiście przygotowane wcześniej - obejmujące wszystkie możliwe warianty jakie nam przyjdą do głowy - oczywiście i tak nie przewidzimy wszystkiego - słowo WSZYSTKIE jest utopią, bo jest to niemożliwe do zrobienia - starać się jednak trzeba ). Kalkulatory tapet, fug. Normy i wytyczne budowlane. Każdy dokument kiedykolwiek użyteczny projektantowi jest dziś dostępny w wersji elektronicznej. Oznacza to, że może być w tablecie zawsze z nami.

Aparat i kamera. W dobie telefonów mobilnych, które są lepszym sprzętem RTV niż kamera, którą był kręcony film na ślubie moich przyjaciół, a przecież nie były to wcale tak dawno (sic!), aparat i kamera w tablecie to żaden cymes. Zgoda. Jednak biorąc pod uwagę aplikacje na tablet do obróbki zdjęć wnętrz na przykład, to robienie takich zdjęć tabletem zaczyna mieć rację bytu i być kolejnym powodem, żeby patrzeć na to urządzenie coraz poważniej.

Szkicownik. Takich aplikacji jest coraz więcej. Zamiast kartki papieru - tablet. Zamiast ołówka - rysik. Tego laptop już nie może. Ktoś zapyta: po co? Przecież to tylko gadżet. No to ja pytam: ile razy, gdy szkicowaliście koncepcję, rozwiązanie detalu na kartce papieru, potencjalny inwestor wyciągał tą kartkę spod Waszego łokcia? Szarpał, kombinował, zaglądał nawet do kosza gdzie lądowało kolejne rozwiązanie, w formie zmiętolonej w kulkę kartki papieru? Ile razy mu się to udało i już go więcej nie widzieliście?… No to niech Wam zabierze ekran tableta. Taki ekran, a właściwie obraz, który jest na ekranie, można wysłać. Pocztą elektroniczną - mejlem. Z wyceną Waszego know-how. Bo tak to jest jakoś na tym świecie, że siadając na fotelu dentystycznym każdy płaci za przegląd paszczęki, wizyta u innego lekarza to opłata stała, spotykając się z prawnikiem opłata jest z góry wiadoma, ale podpowiedzi projektanta są oczywiste i wielu wiedziało o tym wcześniej tylko nic nie mówiło, więc nie ma za co płacić. Przecież to jest banalne, taka wiedza to nie wiedza…

Tabletów na rynku jest bardzo wiele. Różnią się wielkością, działaniem, wyglądem i ceną. 



Na pewno warto się zaprzyjaźnić z tabletem. Dla własnej wygody, dla wygody inwestora czy wykonawcy. To pomaga nie tylko w pracy, ale też w działaniach marketingowych. Warto spojrzeć na tablet nie jako na gadżet, tylko bardzo profesjonalne urządzenie. Do czego szczerze namawiam.

renek

niedziela, 1 grudnia 2013

Co i jak w kabinie prysznicowej - część druga - i chyba nieostatnia

W ostatnich czasach, myślę, że głównie z powodu braku czasu lub inaczej ujmując problem, z powodu przyspieszenia jakie nas na co dzień dopada i ogarnia, wanny są w odwrocie. Brzmi to może bardzo dramatycznie, oczywiście dla producentów wanien,  ja jednak nie mam najmniejszego zamiaru zostać Kasandrą w spodniach. Tym bardziej, że nikt jej nie wierzył. Szanowni producenci wanien: wanny się sprzedają! Tylko mało kto ich używa… Z powodu braku czasu właśnie. O wannach innym razem, bo to też temat ciekawy i warty pochylenia się nad nim. Jak przy ręcznym praniu…

Wracam do kabiny a właściwie jej wnętrza. Miało być w części drugiej o wellness. To będzie.
Co to jest właściwie wellness? Pojęcie pono stworzył oczywiście Amerykanin, nijaki dr Halbert Dunn w roku 1959. Po nazwisku wygląda, że miał duńskie korzenie, ale nigdzie tego nie potwierdziłem.
Wszystkie definicje mówią, że wellness to dążenie do zdrowia, równowagi duchowej, radości z życia czyli, jak mi przyszło do głowy po prostu szczęścia. Szczęście oczywiście może być różnie postrzegane. W czasach zafundowanych nam przez Armię Czerwoną i ich kumpli, szczęściem było kupić 10 rolek papieru toaletowego. I nieważne, że przypominał on papier ścierny. Trzymać się więc będę definicji dr Dunn'a. Filozofia wellness sugeruje prowadzenie takich działań, aby uzyskać dobre samopoczucie. Zdrowe odżywianie, ruch, relaks, odpoczynek psychiczny i fizyczny. Bo bez zdrowia nie ma radości z życia. Mocno to amerykańskie, ale pewnie coś w tym jest.

Kabina prysznicowa może być miejscem, gdzie możemy zadbać na pewno o higienę osobistą a co za tym idzie o psychikę. Mając miednicę i dostęp do wody też. To gdzie wellness? Tu:

KOS Small

Co może być w takim wynalazku, żeby używać w stosunku do kabiny prysznicowej pojęcia "wellness"? O miednicy pisałem, więc to jest oczywiste. Miednica nie zapewni nam jednak na przykład hydromasażu. O cudownych właściwościach masażu wodą nie trzeba przekonywać. To ulga tak fizyczna jak psychiczna. Szczególnie po ciężkim, stresującym dniu. Niektóre kabiny typu takiego jak na zdjęciu mogą mieć wytwornice pary, zamieniając kabinę w saunę mokrą. Finowie bez sauny żyć nie mogą więc chyba dobrze działa. Bania w Rosji również. I nie chodzi mi o banię ze stakana. Chromoterapia. To nie tylko wpływ na naszą psychikę - może pobudzać, relaksować lub uspokajać. To także bezsprzecznie metoda leczenia.

Centra energetyczne - czakry

O tym na pewno warto poczytać i potraktować to poważnie. Światło widzą nie tylko nasze oczy. Światło jest pochłaniane poprzez skórę i pole energii ciała.  Aromoterapia. Lecznicze działanie olejków eterycznych. Stosuje się je między innymi poprzez inhalacje co jest możliwe właśnie w kabinie prysznicowej. Na jaką ilość schorzeń i przypadłości aromoterapia pomaga trzeba po prostu wiedzieć, bo może się to przydać nie tylko w projektowaniu.

Oczywiście taka kabina kosztuje niemało. Mam tego świadomość, ale różne są budżety, różne są oczekiwanie inwestorów. Niektóre ze wspomnianych cech wellnessu wcale nie muszą jednak generować wielkich kosztów, a niektóre można uzyskać wręcz, pisząc wprost - tanio. No, ale, żeby nie przynudzać, o tym oraz o wszystkich innych sprawach kończących temat co i jak w kabinie prysznicowej w części trzeciej i chyba już ostatniej :)

renek


środa, 27 listopada 2013

Tapety - problem większości projektantów

Niewiarygodne jak mała ilość wnętrzarzy używa w swoich projektach tapety. Ostatnio zastanawiałem się z Hanią, dziewczyną, która jak nie zaprojektuje w tygodniu paru rolek, to jest chora ;) , nad tą sytuacją. Doszliśmy do bardzo  ciekawych wniosków!

Wikipedia, na zasadzie "Kopiuj" i "Wklej":

Tapeta – materiał do obicia ścian wnętrza mieszkalnego, wykonany z papieru, tkaniny, skóry lub tworzyw sztucznych[1]. Współcześnie ozdobne, naklejane wykończenie ściany wewnętrznej budynku, najczęściej wykonane z papieru z nadrukowanym lub wytłoczonym wzorem, sprzedawane w rolkach (standardowo pasek tapety ma 53 cm szerokości i ok. 10 m długości).
Obecnie większość tapet posiada wierzchnią warstwę wykonaną z tworzywa. Najczęściej jest to spieniony winyl (polichlorek winylu), co czyni tapetę bardziej odporną na uszkodzenia oraz na zabrudzenie. W zależności od rodzaju winylu i techniki jego nakładania na papier uzyskuje się większą lub mniejszą zmywalność tapety. Niektóre z nich można nawet szorować szczotką. Żywotność tapety wynosi od kilku do ok. 10 lat. Produkowane są także tapety, w których spodnią warstwą jest nie papier, lecz flizelina (tzw. tapety flizelinowe). Są one w wymiarach standardowych lub dwa razy szersze, to znaczy 1,06 m.
Tapeta z nadrukowaną fotografią (zwykle przedstawiającą krajobraz) to fototapeta.

No i co? Najpopularniejsza encyklopedia na świecie pisze to, co można usłyszeć od 90% ludzi - "materiał do obicia ścian wnętrza mieszkalnego". I już. I od tego zaczęliśmy naszą rozmowę z Hanią.

Podchodząc do tematu w sposób "encyklopedyczny", inwestorzy w niewielkim procencie będą się decydować na ten materiał. Z różnych powodów - a bo historycznie tapety im się źle kojarzą - a bo jak rodzice zrywali tapety to odchodziły razem z tynkiem - a bo jak się pobrudzą keczupem (!) to się nie zmyją - a bo nie wiadomo jaką i ile - a bo… A bo nie…

Generalnie, aby do tapet się przekonać, po pierwsze trzeba podejście "encyklopedyczne" zmienić. Tapety należy, oczywiście naszym z Hanią zdaniem, zacząć traktować jako element wnętrza, w przeróżnej formie i postaci. Tak jak traktuje się tynki strukturalne, obrazy oprawione w ramy, beton architektoniczny, maty SIBU czy piaskowiec elastyczny. Hania ostatnio z tapet robi abażury…
Tapeta może zmienić kolorystykę i fakturę przeróżnych powierzchni - oczywiście ścian, ale także sufitów, mebli, filarów, drzwi. Ze sztukaterią w parze może robić cuda.

ARTE' - METAL X GLASS 

W salonie, sypialni, kuchni, łazience, w hallu czy przedpokoju, na klatce schodowej, w piwnicy czy garażu… Tylko trzeba wiedzieć co się chce osiągnąć i dobrze nauczyć się piktogramów, którymi oznacza się tapety. Styl angielski bez tapet? Praktycznie nie da się… Prowansalski? Podobnie. Są tapety dziecinne, młodzieżowe, damskie i męskie. Do mieszkań, loftów, biur, salonów fryzjerskich i szpitali. Winiarni, ciastkarni, restauracji i pubów. Nawet do ośrodków SPA. Hania tak robi…


A propos, "co się chce osiągnąć"… A jak się nie wiem co się chce? To nie szkodzi. Tapeta może podpowiedzieć… Czy wzornictwo ZAHY HADID może rozwiązać problem charakteru wnętrza?

marburg - ZAHA HADID
Pytanie retoryczne! Tylko dodać podłogi, meble i oświetlenie. Podobnie działa Gloockler,

marburg - GLOOCKLER

Karim Rashid,

marburg - karim rashid

czy Luigi Colani…

marburg- Colani Visions
Nie dość, że podpowiedzą, to jeszcze inwestor będzie mógł powiedzieć kto inspirował ten charakter. Tak na prawdę same korzyści. Tylko trzeba się przekonać do tapet. Czego życzę wszystkim nieprzekonanym. Hani i sobie.

renek

wtorek, 29 października 2013

Co i jak w kabinie prysznicowej - część pierwsza

Było już o samej kabinie, że zabiegowa najlepsza, że jak jest mało mechaniki to wtedy jest najtrwalej i najprościej. Pora zajrzeć do środka :) Bo tam też się może dziać...

Pierwsze pytanie do inwestora oczywiście musi być o funkcje. Jak przy wszystkim. Kto, co i jak często. Szczególnie wtedy, gdy oprócz prysznica jest wanna. Gdy nie ma, tym bardziej, bo to oznacza, że prysznic będzie używany bardzo często. Wtedy należy zacząć dochodzić do konkretów.

Najczęściej używany jest zestaw: bateria, wąż, słuchawka ( główka ) prysznicowa oraz drążek lub uchwyt ścienny. Najtaniej i spełni wszystkie funkcje. Tylko nie zawsze musi być najtaniej...
Ostatnio prawie każdy z inwestorów marzy o deszczownicy ( deszczowni jak kto woli ). Tylko, że decydując się na deszczownicę  ( ja tak wolę ;) ) musimy  układ lekko rozbudować. I teraz pół kroku w tył: decyzja czy zastosujemy system natynkowy czy podtynkowy jest bardzo istotna. Nie zmienia to faktu, że wszystko oczywiście jest do zrobienia. I jak w tańcu znów pół kroku w bok. Baterię użyjemy z mieszaczem ( bo broń Panie Boże z dwoma zaworami ) czy tez termostatyczną. I tu muzyka, na krótką chwilę stop: dlaczego termostat jak najbardziej TAK? Bateria termostatyczna prysznicowa daje nam wiele korzyści. Nie będę rozdawał swojego know-how tak ot po prostu, dlatego napiszę ogólnie: ekonomia, bezpieczeństwo i czas. Kto wie dlaczego to wie, kto doświadczony wymyśli, a kto chciałby się dowiedzieć to zapraszam osobiście lub mejlowo :)




Proszę, co my tu mamy? Natynkowy zestaw z baterią termostatyczną, deszczownicą i słuchawką prysznicową. Zestaw kompletny. Dlaczego NIE dla samej deszczownicy, o co wbrew pozorom prosi wielu inwestorów? Oczywiście - jakoś musimy się opłukać w różnych miejscach i czymś musimy spłukać pianę ze ścianek i szkła.

Napisałem zestaw kompletny co nie oznacza, że ostateczny. Bo przecież można pomyśleć jeszcze o hydromasażu, co w dzisiejszych, siedzących czasach jest niezwykle istotne. Do tego wrócę w części drugiej, bo warto o tym trochę więcej.

W wypadku zastosowania systemu podtynkowego o całej sprawie musimy myśleć dużo wcześniej niż przy systemie natynkowym. Prawie wszystkie prace hydrauliczne muszą być wykonane przed położeniem płytek. Powinny być bardzo przemyślane i dostosowane do wszystkich użytkowników danej kabiny. Deszczownice mogą być wyprowadzone ze ściany lub z sufitu. Jest to bardzo istotne w projektowaniu konstrukcji. Instalacja hydrauliczna musi zatem być skończona przed montażem sufitu. To tym bardziej przyspiesza prace projektowe. I wymaga ścisłej współpracy z wykonawcą. No ale to nic nowego przy wnętrzach.

W drugiej części postaram się trochę o tym, jak popularny prysznic może stać się elementem wellness'u.  Bo naprawdę może :)

renek



wtorek, 1 października 2013

Samoograniczenie - dlaczego nie bujnąć w obłoki?...

Powrót z targów Cersaie zawsze wiąże się z większym lub mniejszym dołem. Nie, nie chodzi mi tylko o szok pogodowy, który corocznie ma miejsce i za każdym razem przywołuje myśli w stylu dlaczego się aby nie przeprowadzić do Toskanii, Umbrii czy w ostateczności do Emilii- Romagna. Nie chodzi mi również o rozpuszczone do granic wytrzymałości dziadowskiego bicza kubki smakowe - włoska kuchnia i wino robią swoje. Ano, jako często w tym blogu, chodzi mi o projektowanie i wnętrza...

O wielkości targów Cersaie pisałem ostatnim razem, więc temat został naświetlony. Wędrując od pawilonu do pawilonu, od stoiska do stoiska nasze oczy sycą się widokiem nowych dla nas produktów, rozwiązań. Zachwyca kolorystyka, faktura, lekkość lub ciężkość. Zachwyca prawie wszystko, bo wydaje nam się, że rosną nam skrzydła i każdy nasz kolejny projekt lub sprzedaż będzie wspaniałą, jedyną w swoim rodzaju historią i potem będzie tylko łatwiej utrzymać wysoki poziom tworzenia. Lecimy! Zdobywamy!! Będziemy najlepsi i niepowtarzalni!!! EUFORIA!!!!

I potem... Czy to otaczające nas zimno... Czy to niezła, ale mało finezyjna kuchnia... Czy to brak wina w karafce... Wracamy do standardów, bo jak tu się wychylić przed inwestorem tradycjonalistą? Jak zarazić innością, skoro w tym kraju inność kojarzy się głównie z orientacją seksualną?  Jak zaproponować drewnianą podłogę od Susanny z Rzymu?




Jak przekonać do kolorystyki i wzornictwa z Portugalii?





Jak wytłumaczyć, że ceramika sanitarna nie musi być biała albo czarna?




Bardzo prosto... Zerwijmy własne hamulce bezpieczeństwa. Wyrzućmy z własnych głów samoograniczające bezpieczniki. Wróćmy do tych uniesień z targów, wizyty w ciekawym showroom'ie, do karafki z winem w ogrodzie na italiańskiej ziemi. I zarażajmy innością. Nie zawsze odniesiemy radość z sukcesu jakim będzie zmiana standardów otoczenia. Ale warto powiedzieć sobie: "Cóż, nie udało się"  niż "Na pewno się nie uda..."

renek

poniedziałek, 16 września 2013

Targi Cersaie - dlaczego warto

CERSAIE to Międzynarodowe Targi Ceramiki i Wyposażenia Łazienek, odbywają się co roku w Bolonii pod koniec września. Pierwszy raz na Cersaie pojechałem dwadzieścia lat temu. Doznałem wtedy totalnego szoku - fizyczna wielkość imprezy - mimo, że znałem już wtedy od podszewki Targi Gdańskie, czy Międzynarodowe Targi Poznańskie - to było zaskoczenie pierwsze. Pawilony targowe, które mogły w sobie pomieścić kilka swoich odpowiedników poznańskich czy gdańskich, ogromne stoiska jak hale sportowe, tłumy, tłumy ludzi z całego świata.

Drugim zaskoczeniem była ilość wystawców, a co za tym idzie producentów płytek ceramicznych, ceramiki sanitarnej czy też innych elementów wyposażenia łazienek. Zacząłem się uczyć nazw firm wielkich, ale także tych mniejszych, które urzekały swoją małą, jednak niezwykłą ofertą. Z roku na rok targi się rozrastały, wystawcy zaskakiwali coraz ciekawszą ofertą, pojawiały się nowe technologie, nowe produkty. Rosły formaty płytek, zmieniały się trendy. Zawsze coś nowego, choć wydawało się, że już nic nowego wymyśleć nie można...



W ostatnich latach można było poczuć podmuch kryzysu. Trochę mniej odwiedzających, niektóre stoiska lekko się zmniejszyły. Wiele firm zmieniło strategię, zapraszając gości do własnych show-room'ów, stoiska traktując jako miejsce pokazania nowości, a nie całego zakresu swojej produkcji.
Jednak jedno się nie zmieniło: atmosfera tych targów. Atmosfera święta ceramiki, spotkań z ludźmi tam poznanymi lub możliwość poznania ludzi nowych. Patricia Urquiola na stoisku Mutiny rozmawiała z nami jakby była u nas na ostatnich warsztatach. Inni projektanci, na innych stoiskach nie tylko dzielą się swoimi przemyśleniami, ale także słuchają podpowiedzi i rad. Można dotknąć fakturę płytek czy mebla łazienkowego i potem jest dużo łatwiej przekonać do tego inwestora. Przymierzyć umywalkę, też nie problem, właściciel firmy to znajomy.



Nie wspomnę, że gdy u nas jest już zimno, w Bolonii pod koniec września jest temperatura jak u nas w lecie. Kuchnia włoska jest wspaniała a wino też tam smakuje inaczej. Wystarczy jeszcze się uśmiechać, lubić ludzi i... trzeba tam być.

Przez te wszystkie lata nie byłem na Cersaie tylko raz, w 2006 roku. To był dla mnie dziwny rok. Nie tylko dlatego, że nie byłem pod koniec września w Bolonii...

renek

poniedziałek, 2 września 2013

Jarek

Jarka poznałem dzięki Adasiowi... Przepraszam, dzięki Adamowi Czerwińskiemu. Tak na prawdę blisko, gdy w poprzedniej firmie przyszedł mi do głowy pomysł, by robić tam koncerty. Jazzowe. Przyjechał Adam, sprawdził akustykę, wybraliśmy miejsce i ustaliliśmy termin. Przywitaliśmy gości razem z Jarkiem. Powiedział, że wita wszystkich w nowym klubie jazzowym :) To było bardzo miłe, bo byliśmy przecież w salonie z łazienkami. Koncert był świetny. Jarek, Adam, Krzysiek i Szabas dali czadu. Jak zwykle właściwie... Wtedy zaczęła się nasza znajomość. We wnętrzach :)

Potem były "wspólne płyty", spotkania w różnych miejscach. Obiady, kolacje. Przed koncertami, po koncertach. Dzięki Niemu i Adamowi poznałem Wielkich jazzowego świata. W Sulęczynie, Warszawie, 3mieście. Nigdy nie spotkaliśmy się w Krakowie. Jego Krakowie, choć zaprosił mnie na swój benefis. Nie mogłem. Zawsze żałowałem, że wtedy nie pojechałem. Dziś żałuję jeszcze bardziej. Zawsze myślałem, że będzie kolejny i wtedy pojadę. Już wiem, że nie będzie...

Jarek jest wspaniałym gitarzystą. Jest, bo jego muzyka zostanie z nami na zawsze... Był, choć piszę to ciągle w to nie wierząc. Choć znałem sytuację od stycznia. Nadzieja jednak umiera ostatnia...

W przyszłym roku spotkamy się, jak Bóg da, znowu w Sulęczynie. I Jarek tam będzie. W każdej chwili i w każdej nucie. Nad jeziorem, przy sielawie, przy pierogach czy przy piwku. Na pewno będzie nad sceną... Tego jestem pewny... Będzie słuchał i patrzył.

 
Dzięki Jarku, że byłeś...

[*]

renek


niedziela, 1 września 2013

1 wrzesień

To było 74 lata temu. Zaczęło się na Westerplatte i na niebie, w niektórych miejscach w Polsce. Skończyły się pomysły o projektowaniu wnętrz. Moja Mama miała lat siedem a Tata dziewięć.

Polska rozkwitała po odzyskaniu niepodległości. Gdynia była najbardziej rozwijającym się miastem w Polsce. I sru... Po marzeniach...

                                      

Potem data 1 września kojarzyła się z początkiem roku szkolnego. Nowe tornistry, zeszyty, książki... Radocha, że można kumplom i niektórym koleżankom opowiedzieć o wakacjach. Co się działo, gdzie i jak... :)

Dziś ta data oznacza, że pora wracać do pracy. Po wakacjach. Swoich, dzieci, ze znajomymi, przyjaciółmi. Pora się sprężyć i znowu myśleć o wnętrzach. Nie tak jak 74 lat temu i w następnych latach sześciu. Tylko trzeba pamiętać, że wtedy najwspanialsze plany i marzenia zostały zrujnowane przez nieludzkie i skrajnie zdziczałe pomysły. Pamiętajmy o tym, patrząc na głośny już serial o matkach i ojcach. To nie my, Polacy chcieliśmy zdobyć świat. A byliśmy narodem, który pierwszy w tak cudowny sposób chciał się temu przeciwstawić. No... To sześć lat później dostaliśmy za to w dupę. Sprzedani przez Wielkich tego świata na kolejne 44 lata. Za naszą bitwę o Polskę, za bitwę o Anglię, Tobruk, Monte Cassino, Powstanie Warszawskie... Dlaczego? Nie wiem...

Po co ja to piszę...? Chyba po to, żeby wszelkie nasze, polskie kompleksy wywalić do śmietnika historii i żeby nasze wnętrza tu i tam, gdziekolwiek TAM znaczy pokazały, że nie jesteśmy nacją słabą, głupią czy jak tam gdzieś ktoś chce pokazać zakompleksiałą czy zaściankową...

Bo... Nie jesteśmy...

To do roboty projektanci wnętrz... I Wy, ich klienci... W jakich tam biznesach nie robicie... Dajmy czadu... :D Wakacje się skończyły...

renek




czwartek, 22 sierpnia 2013

Roger Waters a polskie autostrady

We wtorek 20 sierpnia 2013 o godzinie 20:28 na Stadionie Narodowym w Warszawie, rozpoczęło się najwspanialsze widowisko muzyczne jakie kiedykolwiek widziałem i prawdopodobnie niczego podobnego już więcej nie zobaczę...




 

Rozmach, wykorzystanie wielkości obiektu, ilość ludzi zaangażowanych w realizację tego projektu przywiezionych przez Watersa, a także efekt, dał mi po raz kolejny poczucie jak bardzo jesteśmy daleko od miejsca, gdzie, tak na prawdę na co dzień chcielibyśmy być... To tak jak z polską piłką kopaną i Ligą Mistrzów, z zakupami Pendolino bez torów, wyrzucaniem historii i wuefu ze szkół, z najdroższymi autostradami w Europie, których właściwie nie ma... A propos...

Jadąc do Warszawy postanowiliśmy przetestować wszystkie oddane do użycia odcinki autostrad pomiędzy 3miastem a stolicą. Nie, nie jechaliśmy przez Berlin, ale do Torunia, potem "polami, polami przez lasek i rzeczkę" do Strykowa i znowu autostradą do celu. Ja już wiem dlaczego nasze cudne fragmenty autostrad są najdroższe w Europie. 

 





 
 
 

 
 

To jest jeden z podobnych do wielu, parking przy WC. Parking większy niż ten przy Ergo Arenie. Taki sam jest po drugiej stronie autostrady. WCtów jest chyba dwanaście. To jeszcze pokażę tereny rekreacyjne przy tym parkingu.


 

 
 
 

 
Jeżeli hektar to 100 m na 100 m to tam są hektary ścieżek. Nawet te dwieście metrów od toalet są oświetlone. A połowa ścieżek jest wyłożona kostką granitową. I kto za to zapłacił? Pan, pani, społeczeństwo... No to jeszcze ze dwie foty.
 
 
 
 

 


 

To są ekrany. Wszyscy to wiemy. Stawia się je w całej Europie przecież. Kogo chronią ekrany w całej Europie? Ludzi przed hałasem, brawo! A co robią ekrany w naszym kochanym kraju? Chronią żaby i zające. Serio. Za dziesiątkami kilometrów tych ekranów są łąki i lasy. Kto na tym zarobił w świetle sejmowej ustawy? Nie pan, nie pani, nie społeczeństwo... 

Nie zdążyłem zrobić zdjęć trzem potężnym wiaduktom nad autostradą A2 prowadzącym od jednej ściany lasu do drugiej. Ale są. Jak będziecie tam jechać to znajdziecie... Pamiętajcie o butach do jogging'u w razie siku. Szkoda nie wykorzystać tych oświetlonych ścieżek.

Wakacje się kończą, pora się zająć znowu tym co robimy codziennie. I chyba dobrze. Bo te wakacyjne obserwacje i przemyślenia doprowadzają mnie we wnętrzach do takiego pisku...


renek




 

środa, 7 sierpnia 2013

Niespełnione marzenia

Tak trochę wakacyjnie i refleksyjnie...

Poznałem ostatnio przemiłą osobę, która pracuje w ubezpieczeniach. Pracuje bo taką pracę znalazła, a z czegoś przecież trzeba żyć. Problem w tym, że chciałaby robić zupełnie coś innego. Ma duszę "artystyczną" i bardzo dużo pomysłów na wykańczanie wnętrz. Do tego spore umiejętności manualne i wymyślone konkretne rozwiązania. Chciałaby, ale nie ma jak. Czas płynie i gorące kiedyś wizje bledną. Najgorzej jak nigdy nie spróbuje... Jak nie będzie sobie mogła kiedyś powiedzieć, próbowałam, cóż, nie wyszło, ale zrobiłam co w mojej mocy...

Czasami słyszę od znajomych projektantów, że chcieliby projektować piękne wnętrza, wykorzystując wspaniałe materiały. Bez ograniczeń ze strony inwestora. Jednak ostatnio inwestorzy tacy, że przy każdym wybuchu genialnej wizji, depczą po hamulcu nie pozwalając wizji się rozwinąć. I powstaje wnętrze takie tam... Nawet nie ma co robić zdjęć do portfolio...

Dobre pomysły prawie zawsze się obronią. Fantastyczne wizje nie muszą być realizowane z niebotycznym budżetem. Tylko nie można zakładać z góry, że coś jest nierealne, niewykonalne, nie do zdobycia. Aby wejść na szczyt, musi on istnieć. Tak samo trzeba wymarzyć sobie swoje marzenie. Potem już tylko konsekwentnie szukać do niego drogi i ją realizować. Czy to jest stworzenie swojego stylu w projektowaniu, czy też zrealizowanie planów, zamierzeń. Ważny jest cel, bo bez niego nie ma do czego dążyć.

Uczestniczyłem wczoraj w ciekawej rozmowie pomiędzy architektem a wykonawcą konstrukcji metalowoszklanych. Ten drugi to z resztą wnętrzarz już po dyplomie. Tematem był projekt i realizacja remontu jednego z najbardziej znanych zabytkowych obiektów w Gdańsku. Pierwszy na początku przekazywał swoje wizje z pewną dozą nieśmiałości, ale przy panującej atmosferze otworzył się zupełnie. To piękne wizje i odważne. Jeszcze nie wiadomo co na to inwestor. Jednego jestem pewien: inwestor ten nieszablonowy projekt zobaczy. Ile z niego zrealizuje pokaże czas.

Mam nadzieję, że Wasze kolejne małe, średnie, wielkie marzenie się spełni.  Bez marzeń świat jest smutny i szary...

renek


niedziela, 21 lipca 2013

Pawi ogon projektanta

Przypomniał mi się taki stary żydowski szmonces... Mosze modlił się w świątyni: "Panie Boże, ja Ciebie bardzo proszę, Ty daj mi wygrać na loterii bardzo dużo pieniędzy...". Powtarzał te modły wielokrotnie, jednak jak nie wygrywał, tak nie wygrywał. Sytuacja życiowa pogarszała mu się coraz bardziej, kolejny raz poszedł do świątyni i ze łzami w oczach ponawiał modły: "Panie Boże... U mnie jest tak już niedobrze, że ja Ciebie bardzo proszę, żebym wygrał na państwowej loterii jakieś duże pieniądze...". Minęła krótka chwila, gruchnęło, zahuczało i nagle rozległ się potężny głos: "Mosze! Daj mi szansę, ty w końcu kup choć jeden los!"

Czasy niestety może nie napawają wielkim optymizmem, ale siedzieć i płakać chyba też nie jest najlepszym rozwiązaniem. Ostatnio spotykam się dość często z ludźmi szukającymi zleceń, pracy i słyszę, że naprawdę jest źle. Staram się coś doradzić, podpowiedzieć, czasami uda mi się kogoś gdzieś polecić. Z tym ostatnio jest faktycznie coraz trudniej, dlatego namawiam do wzięcia spraw w swoje ręce.

Z reguły zadaję pytanie: jak starasz się sprzedać? Tu zaczyna się wymienianie, co dana osoba zrobiła, robi, aby osiągnąć wymarzony cel. A ja ponawiam pytanie, tłumacząc, że chodzi mi o to, jak wygląda PAWI OGON osoby, z którą rozmawiam.

Tapeta - Gloockler
Osoba, która zaczyna swoją drogę może pokazać swoje portfolio. Najczęściej jest to portfolio przygotowane na zakończenie studiów. Super. Są w nim wszystkie najlepsze osiągnięcia do danego momentu. Tylko czy na pewno to pokaże wszystkie możliwości tej osoby? Szukając inwestora, który ma się zdecydować na zatrudnienie kogoś, kto ma mu zrobić wnętrza, trzeba pokazać jak najwięcej wnętrz właśnie. Inwestor na pewno doceni, że potencjalny kreator jego inwestycji zrobił wspaniały projekt  plomby na gdańskiej Starówce. Pomyśli: no zdolniacha. Tylko czy on tego oczekuje? Portfolio ze studiów jest świetnym, znakomitym początkiem PAWIEGO OGONA. Początkiem. Przecież absolwent architektury wnętrz potrafi od ręki cudownie naszkicować koncepcje salonu, kuchni czy łazienki. Szafy na ubrania, szafek łazienkowych czy innych mebli. Potrafi zrobić super wizualizacje? Pewnie! To niech robi... Niech zrobi projekt mieszkania, w którym mieszka, mieszkania cioci albo domu wujka. Albo salonu fryzjerskiego, do którego chadza. Razem z rysunkami wykonawczymi. Potencjalny inwestor pokiwa głową i powie: to jest to czego szukam, zgoda. A ciocia albo wujek zdecyduje się na remont... PAWI OGON zaś pokraśnieje...

Najśmieszniej bywa, gdy ktoś już coś zrealizował. Pytam czy ma zdjęcia swoich realizacji. Szacuję, że 85% odpowiada: nie jeszcze nie mam, ale jestem po rozmowie z klientem. Kiedy się zgodził? Noooo.... 8 miesięcy temu... Albo w 2011. Ale jakoś tak się złożyło, nie mam dobrego aparatu, oni pojechali na narty ( jest lipiec ). No to posłuchajcie: to są GUPIE WYMÓWKI. Bo to są stracone, potencjalne pieniądze, te zdjęcia mogą przekonać inwestora. Jak potrzebujecie bardzo dobrego fotografa za na prawdę małe pieniądze, to dajcie znać. Jest taka jedna, co robi świetne zdjęcia nie tylko wnętrz i z chęcią pomoże...

O stronie internetowej czy profilu na FB nie ma co pisać. To dziś najtańszy marketing. Z największym potencjałem. Jakby co... Jest taki jeden, co robi strony świetnie i chętnie za małe pieniądze. Z chęcią pomoże... Dajcie znać ;)

To tylko początek wielkiego tematu. Jak zacząć, jak kontynuować, jak i czym zaskoczyć. Co jest ważne, co ważniejsze a co absolutnie konieczne. Jeżeli ten post choć trochę Was zainteresował... Dajcie znać :)

renek





piątek, 19 lipca 2013

Bagno, wanna i łazienka

Nazewnictwo, słownictwo i obce języki w świecie codzienności zawsze mnie fascynowały. W naszym kraju na przykład, w zależności od szerokości geograficznej na ziemniaka można powiedzieć ziemniak, kartofel, grula, bulwa albo pyra. W Peru, skąd ziemniaki pochodzą, na tą roślinę i potrawy z niej zrobione jest ponad 1000 określeń. Dla nas śnieg jest po prostu białym, zimowym opadem o nazwie ŚNIEG. Eskimosi mają na to zjawisko blisko 30 słów. Po prostu fantastyczne!

Podobnie fascynuje mnie słownictwo w świecie wnętrz. Płytki ceramiczne to po prostu popularne kafelki. Na południu Polski można się jednak zdziwić, bo w Krakowie na witrynie sklepu z glazurą i terakotą ( co też jest nazewnictwem absolutnie umownym ) zobaczymy napis FLIZY, a pan glazurnik (płytkarz lub kafelkarz) nazywany jest fliziarzem... Tak, to dalej język polski.

Szczególnie ciekawe jest słownictwo "łazienkowe"...  To co można usłyszeć od klientów, albo o zgrozo od projektantów wnętrz, już dawno powinno być zapisywanie w Księdze Wielkiej Beki :) Notoryczne nazywanie umywalki zlewem jest nagminne. Podobnie jak baterie są kranami i mają KURKI. Dobrze, że nie znoszą jajek... Mają jeszcze, szczególnie w ustach pań, CIĄGADEŁKA a nie cięgła.
Słuchawka prysznicowa to SIKAWKA, a wylewka baterii TRĄBKA. Ładnie? Ładnie :) Prawdziwe i z życia wzięte.

Grzejnik to na co dzień KALORYFER, słowo na tyle przyjęte, że zrozumiałe. Ale pisanie w opisie projektu GEBERIT marki Grohe, przywołuje na myśl traktowanie sportowych butów jako ADIDASY marki Puma na przykład lub stację paliwową Shell'a jako CPN. Podobnie jak odkurzacz był w ustach mojej Cudownej Babci elektroluxem.

Śmiesznie bywa, gdy mieszają się języki. Tytułowe BAGNO to nic innego jak łazienka po włosku, a wannaja to to samo po rosyjsku. Zupełnie z innej beczki czeskie SZUKAĆ może faktycznie zmienić relacje z naszymi południowymi sąsiadami w zwykłej rozmowie. O nazwie naszej zaprzyjaźnionej z wyjazdów targowych na CERSAIE knajpy nie ma co w ogóle pisać....



Uwielbiam język włoski...

Ten post jest po to, aby uświadomić projektantom wnętrz, że język, którym komunikujemy się z naszym inwestorem MUSI być profesjonalny. Jak nas słyszą, tak nas widzą i oceniają. Nie zgadzajmy się na średniactwo, które nas otacza.

Walczmy z tym. Bo kto jak nie my?....

renek


poniedziałek, 8 lipca 2013

Inwestora Niezdecydowanego najlepiej podejść od tyłu...


Chciałem napisać "najlepiej wziąć od tyłu", ale jak na tytuł, to chyba zbyt odważna zajawka... ;) Bo problem jest zupełnie z innej bajki, niż można by skojarzyć...

Pierwsze rozmowy z nowym, potencjalnym inwestorem, z reguły są trudne, bo trudno znaleźć punkt zaczepienia. Innymi słowy, rzadko, na początku rozmów klient wie co chce... Często nie mamy podobnej płaszczyzny porozumienia - to co nam wydaje się oczywiste, wcale nie musi oczywiste dla rozmówcy. Tak bywa nie tylko w projektowaniu, ale i w codziennym życiu. Weżmy choćby tytuł tego posta ;) Może być zrozumiany na różne sposoby. OK, nie rozwijam już tego, ale na przykład, ktoś mógłby zrozumieć, że zaczynamy rozmowę od tematu pieniędzy... A wcale nie o to chodzi... Przecież chodzi o projektowanie.

Przechodzę prędko do meritum pytaniem. Jakie są z reguły ostatnie tematy jakie się porusza przy projekcie wnętrz? Jak zawsze wszystko zależy od punktu widzenia i siedzenia... Zacznijmy od sprzedawcy, skoro siedzenia, to mebli. Sprzedawca mebli ma w swojej ofercie kanapy narożne, sofy, krzesła, fotele, stoły, łóżka, szafki, kredensy... Na początku nie wiemy, oczywiście razem z Inwestorem Niezdecydowanym ( IN ), jaki styl jest preferowany. Ale... Nagle IN przeglądając katalogi, które mu dyskretnie podrzucamy czerwienieje na twarzy, skraca mu się oddech i mówi: TO KRZESŁO.... Albo:
REWELACYJNA SOFA... I co? Mamy go :) Pamiętam, jak chyba Agnieszka D. ( mam nadzieję, że dobrze pamiętam ) robiąc dyplom na ASP, a tematem był remont mieszkania i jego wystrój, wzięła za punkt wyjścia komodę babci. Zrobiła super projekt i świetny dyplom. Wokół komody babci, którą inwestor koniecznie chciał zachować. Była chyba sama potencjalnym inwestorem... ;)
U nas w domu punktem wyjścia był stół, który zrobił całe wnętrze. Narzucił styl, kolorystykę, oświetlenie, projekt kuchni i nawet ubikacji z tego samego poziomu.

A propos oświetlenia.

Uovo - Lasvit


Bardzo często narzekają firmy, które sprzedają oświetlenie. Na to, że są na końcu. Nie do końca, ale trochę mają racji. Zdarzają się domy, mieszkania, gdzie długo żarówka wisi w oprawce na kablu. Ale... IN dostaje do ręki katalogi z lampami stojącymi, wiszącymi, kinkietami, z aranżacjami ze światłem rozproszonym, przez sufit, odsunięte ściany, doświetlające Święty Obraz czy Święty Odbiornik TV... Ogląda i krzyczy: TAK! CUDOWNIE WYGLĄDA TA IMITUJĄCA KAMIEŃ ŚCIANA PODŚWIETLONA PRZEZ ŚWIATŁO WYDOBYWAJĄCE SIĘ ZZA LISTWY SZTUKATERII!
Wiemy już jaką ścieżką pójdziemy... No dobra, trochę marzenie, że klient właśnie tak się zachowa, ale... Gdzieś tam Studio Marzeń ostatecznie ;)

W łazience koncepcja przychodzi dość szybko. Trochę narzuca to hydraulika, wanna czy kabina prysznicowa. Jednak jakiej formy użyć? Dajmy IN katalog dodatków łazienkowych. Popatrzy i powie: ALE ŁADNY UCHWYT NA RĘCZNIKI, MYDŁO I PAPIER TOALETOWY!...



No i wiadomo już jakie kształty będą miały baterie, ceramika, lustro, wanna i kabina prysznicowa. Prosty(e)... ;)

Czasami dobrze jest odwrócić sposób myślenia. Wystarczy znaleźć wspólny temat. Niech to będą kwiaty, szkło do ulubionego trunku, wspomnienie przeżytych chwil podczas wakacji. Może to bardzo ułatwić początek trudnej rozmowy oraz znalezienie klucza do ostatecznych rozwiązań.

renek






wtorek, 2 lipca 2013

Drogo? Nic to. Naciągnie się.

Cztery ściany w salonie. Jedna pokryta tapetą. Druga rewelacyjną farbą z Farrow & Ball na przykład. Trzecia betonowymi płytami. Czwarta powtarza jedno z trzech poprzednich rozwiązań. Ładnie? Niekoniecznie, mam świadomość, ale nie o ocenę pomysłu tu chodzi. Załóżmy, że ładnie i inwestorowi się podoba. Badziej chcę zwrócić uwagę na element "naciągania" budżetu.

Fakt, że zaczynając projektowanie, wysokość budżetu należy znać jest bezsporny i oczywisty. Życzę każdemu klientów, dla których budżet jest sprawą drugo a nawet trzeciorzędną. Niestety ostatnimi czasy klienci tacy należą do rzadkości. Budżet jest zadany i trzeba się w niego wpasować. Chodzi o to, żeby mimo ograniczeń, nie rezygnować z ciekawych, robiących mocne wrażenie, choć często drogich rozwiązań. Ciągle trzymając się zaplanowanego przez inwestora poziomu wydatków.

Wracając do czterech ścian salonu. Projekt pierwszy zakłada pomalowanie wszystkich czterech ścian wspomnianą farbą. Farba jest rewelacyjna, nie będę tego teraz udowadniał, wymaga to osobnego postu. Rewelacyjna i droga. Inwestor mający finansowe ograniczenia wniesie veto i powie, że za drogo. Grzecznie się z nim zgodzimy nie rezygnując jednak z jej użycia, proponując pomalowanie jednej lub dwóch ścian. Na pozostałych proponujemy pasujące do koncepcji tańsze rozwiązanie - czy to zastosowanie tapety, czy to zostawienie surowej ściany ( o ile nie jest to g-k ), czy też pomalowanie inną farbą z zastosowaniem elementów sztukaterii lub bez. Nie o pomysł jak wspomniałem na wstępie tu chodzi. Bardziej o negocjacje z inwestorem. Jeżeli chce od nas czegoś co ma sprawić, że jego wnętrze będzie inne niż pozostałe, musi iść na ustępstwa. Przynajmniej częściowe. A my tak kreujmy, żeby to się udało.
Projekt drugi założy dwie ściany z płyt betonowych. Pomyślmy jak oszczędzić na pozostałych dwóch ścianach i forsujmy swoją wizję.
Projekt trzeci to jedna ściana z tapetą, którą wymyśliła Zaha Hadid. Reszta - jak wyżej. Efekt i tak piorunujący.





Sprzedaję płytki ceramiczne od.... No dobra... Długo... Bardzo często się spotykałem z sytuacjami, gdy klienci twierdzili, że coś jest dla nich zbyt drogie, choć podoba im się to przeokrutnie. Szukałem rozwiązań w takich momentach, bo wiem po sobie jak to jest, gdy czegoś się chce, a konto ogranicza. Pamiętam wielokrotnie dotyczyło to polerowanych gresów. Zastosowanie ich na całą powierzchnię powodowało spory wydatek. Jednak ułożenie ich na środku w charakterze "dywanika" i otoczenie ich tą samą płytką matową dawało rozwiązanie o tyle tańsze, że było już do przyjęcia. Efekt poleru był i to prawie w ramach jak obraz Matejki. W łazience można to osiągnąć jeszcze prościej. Nie róbmy z łazienki rzeźni albo sklepu mięsnego. Płytkujmy tam gdzie jest to konieczne. Jak na zdjęciu z katalogu firmy iris Ceramica.


Dzięki temu można zaproponować płytki droższe a i tak zaoszczędzimy. Naciągniemy budżet. Inwestor zacznie się uśmiechać...

Nie bójmy się, że coś na pierwszy rzut oka wydaje się drogie. Zbudujmy wokół tego elementu otoczkę w taki sposób, żeby wilk był syty i owca cała. Wtedy o takich projektach i osobach, które je stworzyły zacznie się mówić w kręgu klienta, potem szerzej. I oto chodzi, i oto chodzi... Jak mawiał klasyk.

renek






poniedziałek, 24 czerwca 2013

Piękne, niewygodne buty...

Tytuł trochę prowokacyjny... Gdzie tu projektowanie wnętrz...? Gdzie tu o tym co w podtytule bloga...? No właśnie...



Jak w takim bucie musi czuć się stopa? No fantastycznie! Przecież jest w takim pięknym otoczeniu! Szaleje z radości przecież...

Już chyba wiadomo o czym tym razem. Jak często, jednak o projektowaniu wnętrz.

Wiem, że w szaleństwie jest metoda. Bardzo warto zaszeleć z sufitem, podłogą, oświetleniem, zdobieniem ściany, niebanalnym rozwiązaniem sypialni, łazienki, toalety, salonu czy kuchni...
Właśnie. Kuchni na przykład. Cudownie jest się pochwalić jak wygląda nasza kuchnia. A tu blaty lakierowane, wyspa, bo powinna wyspa być, na niej płyta grzewcza, okap pod ścianą, bo tam leci kanał wentylacyjny, ale wyspa na środku. Blat cudowny, biały. Do wymiany po dwóch miesiącach. Bo tylko ładny, a praktyczny nie. Zlewozmywak pod oknem, bateria klasyczna. Przyszła wiosna, przydałoby się umyć okno, ale się nie otwiera. Bo bateria przeszkadza. A słyszałem, słyszałem. I to nie raz...

W łazience bidet przy wejściu, miska WC po przekątnej, bo tak ładnie wygląda i w ogóle ładnie tak. To, że z majtami na kostkach trzeba drobić jak gejsza...

W toalecie umywalka plaskata, bateria  kaskadowa, śliczna, bez perlatora. Czad... Jak ktoś z gości to zobaczy, to mruknie: ale dizajn... A potem pójdzie skorzystać z toalety, myjąc ręce zachlapie swoją kreację i siedząc w zamknięciu przez 10 minut, aż kreacja podeschnie, powie do siebie: ale badziewie... Kto to projektował?

Płytki cudne w przedpokoju i w salonie. Tylko trudno domyć. Mopy trzeba kupować dwa na miesiąc. Na kartonie było napisane R12. Coś to znaczy?

Można tak długo, ale wiem, że wystarczy. Niech projekty będą dla ludzi, a nie na pokaz. Niech będą odważne, ale jednocześnie przemyślane i życiowe. Niech będą praktyczne.
Starą zasadę, że papier przyjmie wszystko, ale potem ktoś to musi wykonać, można rozszerzyć. Ktoś tam jeszcze będzie mieszkał... I albo będzie projektanta wychwalał przed wszystkimi dookoła albo będzie mu złorzeczył.

Nie wszyscy mają dar od Boga w postaci lekkości projektowania, kreowania pomysłów i rozwiązań. Wszyscy mogą posiąść wiedzę o materiałach, ich zastosowaniu. Wszyscy mogą podpatrywać i wiązać jedną rzecz z drugą. Wszyscy wreszcie powinni myśleć, bo od tego nie ma zwolnienia w żadnym wypadku.

renek









czwartek, 20 czerwca 2013

Nasze matki, nasi ojcowie

Kłamstwo. Kłamstwo, wybielanie swoich niewarygodnych, niewyobrażalnych win i błędów. Ilu było takich Niemców? Takich jak w tym filmie? Filmie bardzo dobrze nakręconym. Prawie jak Czterej Pancerni i Pies.

Nie oszukujmy, projektując, że to nasz pomysł. Przyznajmy się, że to podpatrzone... Będziemy w takim momencie wiarygodni... Nie jak ZDF...

A jak coś wymyślimy, to chwalmy się, że to nasze...

Nasi zachodni sąsiedzi przegięli... Po prostu mnie wkurzyli....

renek

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Kabina zabiegowa to nie tylko miejsce na borowinę...

... lub inne łamanie kołem w ramach jakiejkolwiek terapii. To moim skromnym zdaniem najlepszy sposób na prysznic, natrysk, tusz czy dusz. Wiem, że nie zawsze jest miejsce, ale...

Temat kabin prysznicowych jest tematem bardzo ważnym i ciekawym. Ważnym, bo bierzemy prysznic dużo częściej niż zaznajemy kąpieli w wannie i potencjalny inwestor choćby z oszczędności czasowych decyduje się na kabinę. Ciekawe, bo właśnie - kabinę? wnękę? ściankę? parawan? - możliwości są olbrzymie, a często nasza wyobraźnia te możliwości jeszcze bardziej potęguje, o ile można zrobić coś pod wymiar. Pod wymiar nie zawsze znaczy zrobić drogo, ale o tym pod koniec...

Zacznę od rozwiązań, oczywiście według moich kryteriów, najgorszych i postaram się tą klasyfikację poprzeć argumentami.




Oto rolki kabiny prysznicowej. Co robią rolki? Tak jest, psują się. Dlaczego? Bo są... Jakby ich nie było, to by się nie psuły. Ta logika nie jest specjalnie skomplikowana. Jednak prawdziwa do bólu.
Oczywiście są rolki bardzo solidne, drogie i nawet ładne,





ale wymagają odpowiednich elementów nośnych, co w końcu również wpływa na cenę. Generalnie, jeżeli tylko to możliwe unikajmy kabin przesuwnych. Będziemy unikać dzięki temu problemów. Im mniej mechaniki tym lepiej.

Kabiny półokrągłe... Często ich umieszczenie w projekcie wynika z ograniczeń. Drzwi otwierane, bo z przesuwnych już zrezygnowaliśmy, z opcją otwierania na zewnątrz i do zewnątrz. To czego się czepiam? Wymiaru... 90x90 jest jak najbardziej OK, ale wszystko mniejsze nie nadaje się do użytku. Wiem, że brzmi bardzo kategorycznie, ale dorosły chłop, który ma się umyć pod paszkami w półokrągłej kabinie o wymiarze 80x80, ma problem... Obija się o baterię, drążek, koszyk na kosmetyki, ścianę czy szybę. A jak jeszcze wlezie tam nie sam, to lepiej, żeby nie właził.

Ostatnia sprawa na nie, to profile. Pionowe to jeszcze jak cię mogę, ale poziomym stanowcze i kategoryczne NIE! Kiedyś u siebie zmieniałem kabinę z takim profilem właśnie. Jak go zdjęliśmy... Czego tam nie było! Flora i fauna. Tego się po prostu nie da doczyścić, bo nie ma tam dostępu. Zupełnie niepotrzebne emocje. A przy okazji znowu mechanika, profile to prowadnice, unikajmy mechaniki, jak tylko to możliwe.

To teraz na TAK...



To jest pierwsza kabina zabiegowa, która mnie zauroczyła prostotą. W latach dziewięćdziesiątych zeszłego stulecia. Dalej jest produkowana. Na italiańskiej ziemi. Prawda, że jest wspaniała? Tu się nie ma szansy nic popsuć. Proszę się nie sugerować zdjęciem. Jest katalogowe i oczywiście lepiej wygląda w namiastce salonu kąpielowego. Można ją zmieścić w projekcie średniej co do wielkości łazienki. Można ją postawić na brodziku z akrylu, albo na płytkach czy na mozaice.



A taka ścianka? To już prostota do potęgi n. Może być bez profilu! I może mieć ściankę na krótszym boku brodzika. Nie będzie chlapało ;) Podobnie można również zabudować wnękę. Bez drzwi. A wymiar, proszę bardzo dowolny, pod warunki jakie trzeba opanować. Decyduje ostatecznie inwestor, ale pomysł będzie pochodził od projektanta. Projektant zaś musi znać narzędzia, które może wykorzystać w swojej pracy.
Grubość szyby, jej wymiar i kształt ( sytuacje, gdy w grę wchodzą skosy ), sposób łączenia, mocowania do ściany, ich kolor, możliwość zdobienia - piaskowanie jest najprostszym przykładem - kształt kabiny w rzucie  - kwadrat, prostokąt, pięciokąt czy co tam - wyobraźnia niech podpowie co w danej sytuacji jest najlepsze...

Pod wymiar, nie znaczy drogo. Obiecałem, że do tego tematu wrócę. Drogo czy niedrogo to pojęcie względne, jak najbardziej. Co jest drogie lub nie, decyduje inwestor i jego budżet.  Niemniej warto specjalny projekt wycenić i dać wycenę inwestorowi pod ocenę.  I warto pamiętać, im mniej mechaniki, tym większa niezawodność. Kabina zabiegowa, moim zdaniem, jest rozwiązaniem optymalnym i chyba nie dam się przekonać, że jest inaczej...

renek



środa, 12 czerwca 2013

Galerianki i galerianie - wraca temat higieny intymnej

Trzy dni w galerii. Trzy dni w Galerii Bałtyckiej w mieście Gdańsk, z firmą GEBERIT i jej partnerami w 3mieście w projekcie AquaClean. Trzy dni na stoisku, na którym została zbudowana kabina, w której można było prezentować bez skrępowania działanie miski WC z funkcją mycia. Mycia użytkownika toalety a nie toalety jako urządzenia. Po prostu: miska WC z funkcją bidetu. Można by napisać, ciąg dalszy tematu, który już poruszałem. Te trzy dni, pokazały mi, jakim naprawdę jesteśmy społeczeństwem w rozmowach o higienie, higienie intymnej, o sprawach, które nas dotyczą na co dzień. Jak podjęcie tego tematu krępuje większość rozmówców w pierwszym kontakcie i jak można jednak o tym rozmawiać. Kto jest łatwiejszym partnerem do rozmów, a kto przychodzi  obejrzeć prezentację tylko dlatego, bo dostał zachęcającego do podejścia pączka. Pączka z lukrem. Ciastka :)

Wiem, że piszę w sposób zbyt oczywisty, ale tego nauczyłem się w te trzy dni. Mówić do ludzi DUŻYMI LITERAMI, bo małymi nie rozumieją. Nie jest to łatwe, ale inaczej się nie da. Nie można uogólniać, wiem, jednak kto przychodzi do galerii handlowej w piątek, sobotę i niedzielę? Pan, pani, społeczeństwo... To nie są kosmici.

Wielkie dzięki za wspólne godziny całej, świetnie rozumiejącej się ekipie: Ani, Kasi, Asi, Mai, Justynie, Milenie a także Angelice, Kamili, Markowi i Pawłowi. Dzięki panującej atmosferze okazuje się, że gdy wszystko się kończy, może brakować nawet galerii :)



W piątek lub w sobotę, w pewnym momencie prezentowałem po raz kolejny miskę WC z funkcją mycia - SELA. Z reguły prezentację, która średnio trwała około minuty, kierowało się do konkretnej osoby lub grupy osób.



Z reguły też podczas jej trwania podchodzili kolejni ludzie przysłuchując się temu, co było mówione. Kątem oka zauważyłem mniej więcej dwudziestoletnią parę, dziewczynę i chłopaka podchodzących do naszego stanowiska. Oboje zajadali lody na patyku. Nie chcąc być niegrzecznym odwróciłem się do nich półprofilem skoro stali i słuchali. Gdy skończyłem oczekując ewentualnych pytań usłyszałem dziewczynę, która z klasycznym fochem na twarzy rzuciła: " Tym co pan mówił, obrzydził mi pan loda... " Do tej pory nie mam pewności czy był to komplement czy krytyka...

renek

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Patriotyzm czyli gdzie kupujemy

Sąsiad ma sklep... Nie mój sąsiad, taki hipotetyczny... Przecież nie pójdę do niego i nie dam mu zarobić. Bo jeszcze będzie miał lepiej ode mnie i co wtedy?... Uch... Nie do pomyślenia przecież... Pawlak i Kargul dali przykład :D

Dawno temu, ale tuż przed zmianami ustrojowymi w Naszym Kraju lub też jak niektórzy wolą to określać, przed upadkiem muru berlińskiego ( jeżeli powinno się to pisać z dużych liter, to nieważne, dla mnie nie ma na to szans ) pobytowałem w Szwecji prawie pół roku. Pracowałem tam legalnie, ale spotykałem tam wielu rodaków, którzy pojawili się u naszych północnych sąsiadów z chęcią pracy na czarno. Niby turystycznie, ale jakby można popracować, to bardzo chętnie. No... Takie były czasy... Truskawki, borówki, sprzątanie, opieka nad ludźmi starszymi, coś w budowlance. Zarobki "na saksach" były absurdalnie wysokie w stosunku do sum podpisywanych na listach płac(z) w Naszym Kraju. Wyjechać z kraju za żelazną kurtynę, to było w ogóle tak jak złapać Pana Boga za nogi. A jeszcze popracować! Maluch prawie pewny... Tylko co mnie wtedy waliło po głowie, to zachowanie nas, Polaków. "Gdzie pracujesz?" " A tam" "Za ile?" "Za tyle" Następnego dnia pytający zjawiał się u pryncypała pytanego i proponował mu, że będzie pracował za stawkę niższą. Zdumiony takim zachowaniem nasz północny sąsiad, myśląc ekonomicznie, z reguły się na to zgadzał... Nie wymyślam, tak bywało... Cudowną, absolutnie wspierającą się grupą byli Peruwiańczycy, ekipy z Chile oraz parę ekip z Afryki... Sztokholm 1989... Polacy walczyli między sobą. Siara...

W nasze święta narodowe nie są czynne duże sieci handlowe. Niemieckie, portugalskie, francuskie czy jakie tam jeszcze do naszego kraju nie weszły. Mogą być otwarte małe sklepy o ile za ladą stanie właściciel. Albo jego rodzina. Dla tych punktów w te dni to jest EL DORADO. Kilkanaście razy do roku, Polacy przypominają sobie, że sąsiad ma sklep i wydają u niego zarobione przez siebie pieniądze. Kilkanaście razy do roku... Na co dzień nie. Bo jeszcze będzie miał lepiej ode mnie?... Lepiej wydać u obcych.




Myśle, że byłoby cudnie, gdybyśmy na co dzień kupując pieczywo, mleko, wino, pora czy pomidora albo może rzadziej miskę WC, kafelki, tapetę czy kran* pamiętali kto na tym zarabia i kogo tak na prawdę wspieramy... Tylko tak, dla zasady... I przede wszystkim nic na siłę, bo jak sąsiad ma bardzo drożej, no to już trudno. Z ekonomią nikt nie wygra. Natomiast przynajmniej go sprawdźmy.

"Kto jest bez grzechu, niech pierwszy kamieniem rzuci..." Kamień poleciał natychmiast, a Jezus nawet nie odwracając głowy powiedział: "Mamo... Tyle razy Cię prosiłem nie mieszaj się do moich spraw...." Ten dowcip usłyszałem kiedyś od bardzo ludzkiego i sympatycznego księdza.

Ja to bym nawet wzrokiem kamienia nie poszukał... Kuszą wielkie parkingi, możliwość wyboru z wielkiej gamy produktów. Tylko jak pomyślę, że przysłowiowego, hipotetycznego sąsiada za jakiś czas może nie być, bo ogłosi plajtę, i nie będę miał do kogo pójść po przysłowiową szklankę cukru, to zaczynam myśleć patriotycznie... Szczególnie podczas państwowych, kościelnych świąt... Kiedy parkingi przy centrach handlowych są puste...

renek

* wyjątkowo pozwoliłem sobie na tego rodzaju nazewnictwo :)  temat jest ogólny i tylko w małym procencie dotyczy projektowania wnętrz; uwaga jest przeznaczona dla tych wszystkich, z którymi razem studiowałem
r